Gdy wracasz do domu po czterech latach, wszystko jest „po raz pierwszy“. Miasto, które znasz na pamięć wyraźnie się zmieniło. Chociaż tylko w detalach, to jednak jest ich tak dużo, że otrzymujesz jakość hurtową, zlewającą się w całe wielkie zjawisko przemiany. Także znajomi, których spotykam zmienili się. Fryzury, styl ubierania, coś nowego w głowie i na myśli. Dzieci rosną jak na drożdżach, młode żony chudną i tyją na przemian. Wracam do domu, czuję się świetnie w roli turysty w tym mieście – bo tylko do takiej roli przywykłem. Obserwatora kolejnych, nowych miejsc. Jednak jako członek tej społeczności, czuję się jak banita powracający z wygnania. Nie było to negatywne uczucie, raczej patrzałem na zastaną rzeczywistość oczami dziecka, ciesząc się i dziwiąc wszystkiemu i wszystkim.

Nie miałem kluczy, więc do mieszkania rodziców musiałem zapukać, poczekać na odpowiedź. W drzwiach stanęła moja matka, dawno nie widziana, nie oczekująca syna w ogóle. Stała w drzwiach przez ułamek sekundy z wyrazem twarzy, pytającym „jawa czy sen“, szybko ewoluując w „O Jeeeeezu, mój Grzesiu, ale niespodziaaanka“. Trwamy w uścisku stojąc na wycieraczce. Za nią mój tata, od razu z potokiem pytań, wita mnie jak reportera, bohatera. Gdzie byłeś, jak wróciłeś, kiedy i czy może z kimś, mając na myśli jakąś potencjalną żoną z egzotycznych krain. Długo stoimi tak w korytarzu, przy otwartych drzwiach mieszkania, próbując się nadziwić tym nadzwyczajnym spotkaniem. Będziemy mieć trochę czasu poznać się na nowo, policzyć zmarszczki, zmartwienia, smutki i chwile szczęścia.