Maciek prowadził równie intensywne życie, nawet wydaje mi się, że bardziej. O ile ja prezentowałem się zawsze jako świetny obserwator spragniony ciekawych historii, on takie tworzył. Stale głodny wrażeń, zupełnie pozbawiony granic, szalony, przezabawny i charyzmatyczny osobnik. Miał duszę eksplorera, a kategoria odkryć była bez znaczenia. Bez skrępowania opowiadał o swoich podróżach, kobietach, koncertach i wyskokach, jednocześnie marginalnie wspominając o tym, co każdy normalny człowiek nazwałby życiem. Studia szły mu gorzej, równie kiepsko, co praca, ale wydawać, by się mogło, że nie było to specjalnie istotne. Pewnie z resztą, w sztywnej roli społecznej mój nowy brat udusiłby się z nudów. Ja chyba także… ale wtedy jeszcze się nad tym nie zastanawiałem.

Siedząc razem przy stoliku, stawało się coraz później, a do naszej dwójki dosiadało się coraz więcej osób. Zrobiło się przesympatycznie, gdy starzy znajomi ze szkolnych lat rozpoznawali we mnie kogoś bliskiego, przytulasom, piątkom i buziakom nie było końca. Niektórzy przysiadali się, by posłuchać w milczeniu jakieś opowieści, inni siadali, by zasypać mnie lawiną „jakbyło, cosłychać, kopęlat, gdzieśtysiępodziewał albo icotyterazbędzieszrobił“. Odpowiedzi były już mniej istotne. Zacząłem czuć we krwi szalony pęd, kuszący do dalszych dysput i zamówien przy barze. A do Maćka zaczęły się przyklejać pojedyncze lub parami przychodzące koleżanki i piękne nieznajome, co muszę przyznać podobało mi się coraz bardziej.

Spędziliśmy cudzowny wieczór w pubie, to było piękne powitanie, a komitet powitalny był zaskakujący i przechodzący wszelkie oczekiwania.