Obudziłem się nad ranem w obcym mieszkaniu. W obcym łóżku, pachnącym obcym zapachem, obok ledwo poznanej kobiety, koleżanki Maćka. W pokoju nie znajdowało się absolutnie nic znajomego oprócz geometrii ścian. W łazience stanąłem przed lustem i spotkałem tego turystę, który towarzyszył mi przez całe moje życie. Każdego dnia był on starszy, co kilka dni w nowym miejscu. Znowu nim byłem. Choć na własnym terenie, nic nie zmieniło się z mojej rutyny podróżnika.

Od początku roku spałem w blisko 17 łóżkach, na 43 sofach, w 11 krajach. Kilkanaście nocy spędziłem pod gołym niebem, a więc bez łóżek i luster, jedynie z hamakiem i szumem oceanu. Ale czy miejsce do spania określa je jako dom? Co właściwie sprawia, że miejsce nazywamy domem?

Przez pewien czas mieszkałem w Bośni i nazywałem swoją chatkę domem. Była drewniana, z kamiennym piecem, który szybko rozgrzany wypełniał całe pomieszczenienie ciepłem. Na łóżku i na podłodze były skóry zwierząt. Chatka otoczona była innymi, jej podobnymi, a cała wioska znajdowała się w lesie. Była to mała, artystyczna komuna, zapraszająca turystów i harcerzy na wypoczynek. Chatkę można było wynająć za 200 złotych na miesiąc, ale dla mnie była bezcenna. Spędziłem tam sporo czasu pracując nad książką, której pewnie nigdy nie wydam. Opis niektórych podróży wydał mi się zbyt intymny by się nim dzielić z anonimowym podróżnikiem.

Stałem jednak w obcym mieszkaniu przed lustem, patrząc w swoje własne odbicie. Na mojej twarzy malował się łobuzerski uśmiech, a w oczach plan na cały dzień.

Postanowiłem, że spędzę go lepiej poznając ludzi i miasto. Skoro potrafię jedynie być podróżnikiem, będę robić to, co potrafię robić najlepiej.