Mama była zaskoczona, znowu. I znowu trafiliśmy do kuchni, gdzie tym razem to ja kazałem jej usiąść i być gościem. Pragnąłem wszystkie moje przygody zawrzeć w wielkim obiedzie. Gotować cały dzień, a może i cztery lata i mojej prostej mamie, co kochała polską kuchnię, pokazać coś innego. Coś lepszego niż pocztówka czy przygodowa opowieść okraszona zdjęciami. Przygotowałem wspaniałe tajskie dania, moje ostatnie wrażenia, a ciasta, które przyrządziłem na końcu były egzaminem z kilkumiesięcznego pobytu w Maroko.

Wieczorem zasiedliśmy do kolacji. Stół zasypany moim szalonym przypływem kreatywności przeniósł nas na trzy różne kontynenty. Było azjatycko, choć bez pałeczek, były wpływy francuskie, choć bez kasztanów. I zapach wprost z Afryki, choć rękami nie jedliśmy ze wspólnego, glinianego półmiska. Byliśmy w końcu w naszym domu. A tu jest zawsze miejsce na rodzinne, domowe rytuały, których nigdy się nie zapomina.