Po raz pierwszy

0

Gdy wracasz do domu po czterech latach, wszystko jest „po raz pierwszy“. Miasto, które znasz na pamięć wyraźnie się zmieniło. Chociaż tylko w detalach, to jednak jest ich tak dużo, że otrzymujesz jakość hurtową, zlewającą się w całe wielkie zjawisko przemiany. Także znajomi, których spotykam zmienili się. Fryzury, styl ubierania, coś nowego w głowie i na myśli. Dzieci rosną jak na drożdżach, młode żony chudną i tyją na przemian. Wracam do domu, czuję się świetnie w roli turysty w tym mieście – bo tylko do takiej roli przywykłem. Obserwatora kolejnych, nowych miejsc. Jednak jako członek tej społeczności, czuję się jak banita powracający z wygnania. Nie było to negatywne uczucie, raczej patrzałem na zastaną rzeczywistość oczami dziecka, ciesząc się i dziwiąc wszystkiemu i wszystkim.

Nie miałem kluczy, więc do mieszkania rodziców musiałem zapukać, poczekać na odpowiedź. W drzwiach stanęła moja matka, dawno nie widziana, nie oczekująca syna w ogóle. Stała w drzwiach przez ułamek sekundy z wyrazem twarzy, pytającym „jawa czy sen“, szybko ewoluując w „O Jeeeeezu, mój Grzesiu, ale niespodziaaanka“. Trwamy w uścisku stojąc na wycieraczce. Za nią mój tata, od razu z potokiem pytań, wita mnie jak reportera, bohatera. Gdzie byłeś, jak wróciłeś, kiedy i czy może z kimś, mając na myśli jakąś potencjalną żoną z egzotycznych krain. Długo stoimi tak w korytarzu, przy otwartych drzwiach mieszkania, próbując się nadziwić tym nadzwyczajnym spotkaniem. Będziemy mieć trochę czasu poznać się na nowo, policzyć zmarszczki, zmartwienia, smutki i chwile szczęścia.

Rozdarty

0

Rozdrarty w ostatnim czasie między imprezami, ciągami powitań i pożegnań moich podróżujących przyjaciół, sam próbuję zdecydować się na jakieś akcje. Wiele się ostatnio pozmieniało. Oczywiste stało się, że skończył się jakiś rozdział mojego życia, a rozpoczął kolejny. Nie jestem jeszcze do końca przekonany jednak, jaki. Byłem jednak i jestem, od dłuższego czasu, zdecydowany, że będzie to rozdział pozytywnych zmian.

Na początku każdego rozdziału trudno jest napisać pierwsze słowo – tak zawsze było w mojej pracy. Od kilku lat podróżuje po świecie, pracując tu i tam, zatrzymując się na krótkie okresy, a przy okazji pisując reportaże do jednego z polskich czasopism. Bezwiednie pochłonięty wydarzeniami z Tajlandii, strajkami, opisałem swoje wrażenia, ale chęć powrotu do Polski była na tyle silna, że nawet się nie zorientowałem, kiedy pisałem ostatni artykuł na serwetce obiadowej w samolocie. Wiele się zmieniło odkąd ostatnio byłem w kraju. Domem rodzinnym stały się tymczasowe miejsca noclegowe, spotkane w drodze rodziny, Vanessa i jej przytulna kawalerska w centrum Panamy… Wracałem do domu po czterech latach tułaczki po świecie. Jedyną rutyną było to pisanie, pisanie artykułów z różnych miejsc, ale zawsze do jednej redakcji, w tym samym języku ojczystym.

Wracałem z powodu rodziców, których chciałem zobaczyć, dawno nie widzianych znajomych, którzy jeden po drugim znajdowali prace albo partnerów życiowych. Koleżanki zachodziły w ciąże, koledzy się oświadczali, a ja tylko przepakowywałem plecak, ruszając z kraju do kraju.